Helena zrobiła krok w bok, ale jej spojrzenie wciąż wracało do Klary Morawskiej. Znała ten wzrok. Znała go aż za dobrze. Taki sam miała Zofia w pierwszych latach — kiedy świat wokół mówił, śmiał się, żył, a ty pozostawałeś po drugiej stronie niewidzialnej ściany. Obecna fizycznie, a jednak całkowicie pomijana. Helena postawiła kieliszki na stole, lecz nie odeszła od razu. Zgodnie z zasadami powinna się wycofać, zniknąć jak cień. Zamiast tego lekko się pochyliła — tylko na tyle, by Klara mogła dobrze widzieć jej twarz.
I bardzo ostrożnie, niemal niezauważalnie dla reszty sali, Helena uniosła dłonie. Ruch był spokojny. Precyzyjny. Pewny. „Dobry wieczór. Nazywam się Helena. Miło panią poznać.” Klara drgnęła. Palce, które spoczywały na obrusie, zadrżały. Jej zielone oczy gwałtownie uniosły się — i spotkały wzrok Heleny.