Elena poczuła, jak jej krew miesza się z brandy, która uderzyła jej do głowy. Nie pierwszy raz jej serce pękło na kawałki; ale coś w tym głosie, w drżeniu rąk, oszołomionych bólem, obudziło w niej żal, który, jak myślała, zniknął. Powoli wstała, zdjęła szmatę z kufra w kącie i wyjęła kilka miedziaków – nie były złote, ale należały do miejscowych, do tych ciężkich dni.
„Zostań tu” – powiedziała – „jutro rano powiem ci, co robimy”. Ale jej słowa były bardziej do niej. Na zewnątrz, za oknami, wieś jęczała na wietrze. Ludzie w domu dawno już spali; tylko sąsiadka z sąsiedniego podwórka wciąż szczekała na jej starego psa.