„Jestem na to za stary…! Ale młody jeździec ZOSTAŁ CAŁĄ NOC.”

Ionuț wpatrywał się w stół, niecierpliwie ocierał usta i zaczął opowiadać jej o swoim dzieciństwie: o dziadku, który nauczył go szyć, o łąkach, po których biegł z kozami, o dziewczynce z włosami do pasa, której nie zapomniał. Słowa płynęły, a Elena słuchała, nie jak kobieta osądzająca, lecz jak zbierająca nici, z których utka historię.

Tej nocy nie tylko wiatr niósł echa. W drzwiach domów, pod ledwo zapalonymi latarniami, dwóch mężczyzn w grubych płaszczach szeptało. „Spotkałem go w tawernie” – powiedział jeden z nich, nazywając go imieniem, które Elena rozpoznała: jeden z mieszkańców prefektury, surowy mężczyzna o szklistych oczach. Serce jej zamarło. Jeśli żandarmi go tropią, setki kroków na drodze mogą doprowadzić do krwi.

Następnego dnia, o świcie, Elena przygotowała kawałek ciasta i kubek mleka. Ionuț jadł z apetytem, ​​ale jego wzrok błądził gdzieś w dal, wciąż utkwiony w drodze. „Muszę wyjechać przed obiadem” – mruknął. „Jeśli zostanę, przyniosę kłopoty”. Elena spojrzała na niego i bez słowa wyjęła z kufra starego męża pled z kilkudziesięcioma lejami – oszczędnościami na ciężką zimę. „Weź to. Jedź do Miercurei, wymień to złoto na pieniądze, idź do dobrego chłopa na przedmieściach. Schowaj się z nim, aż fale przeminą”.