Ionuț chciał odmówić, chciał odejść z podniesioną głową, ale łzy spływały mu po policzkach. Nie chodziło tylko o pieniądze; po raz pierwszy od lat ktoś spojrzał na niego jak na człowieka, a nie jak na potępienie. Wziął pieniądze, pocałował Elenę w czoło jak matka i ruszył w drogę, szybkim krokiem, z bólem nogi, który go zdradzał.
W nocy do wioski przybyli żandarmi. Nie w barze, nie u Eleny – bo jedna z kobiet na targu zobaczyła zaginionego konia i im o tym powiedziała. Minęło kilka godzin napięcia; pytający wzruszali ramionami. Ale wieść się rozeszła: „Wyruszył w drogę do Miercurei”. I w tym momencie zebrała się grupa prostych ludzi, nie chuliganów, ale ludzi z sercami: była sąsiadka Maria, wiejski proboszcz, a nawet stary chłop ze wzgórza. Każdy włożył do torby porcję jedzenia, każdy podarował nić nadziei. Być może Przysięga Niezdradzenia była tkana inaczej, gdy zachodziła potrzeba.
Ionuț dotarł do skraju wioski o zachodzie słońca, drżąc i lekko utykając. W oddali widział małe światełko domu chłopa. Ale przed nim, na zakurzonej drodze, pojawiły się sylwetki. To nie byli żandarmi; to byli ludzie Rosu – ci, których porzucił, jak przysiągł. Serce waliło mu w piersi jak młotem. To była pułapka.