Karmiła głodnych chłopców przy dworcu —
Środkowy już przełykał ślinę, a najmłodszy wyciągał ręce, zapominając o ostrożności. A gdy najstarszy w końcu wziął bułkę, przełamał ją na trzy części i bez słowa rozdał braciom, Maria poczuła, jak coś ciepłego, dawno zapomnianego, poruszyło się pod jej żebrami. Jedli łapczywie, parząc się, okruchy spadały na ziemię, mieszając się z mokrymi liśćmi. Najstarszy jadł na końcu — wolno, niemal dumnie, jakby pozwalał sobie na słabość. — Dziękuję… — wyszeptał środkowy. — Jak macie na imię? — zapytała Maria. — Leon — odpowiedział krótko najstarszy. — To Martin. A to… Paul.
Najmłodszy tylko skinął głową, nie odrywając się od jedzenia. Maria skinęła w odpowiedzi, jakby przyjmowała do wiadomości nie tylko imiona, lecz czyjeś losy. Od tego dnia zaczęli przychodzić. Najpierw rzadko, potem — każdego wieczoru. Maria udawała, że „przypadkiem upiekła za dużo”. Czasem dawała nie tylko bułki, ale też stare rękawiczki męża, ciepły szalik, a raz nawet prawie nową kurtkę, którą trzymała „na wszelki wypadek”.
Leon zawsze próbował odmawiać. Zawsze mówił: — Nie jesteśmy żebrakami. — A ja nie jestem fundacją charytatywną — odpowiadała. — Po prostu mam dużo mąki. Nie pytała, gdzie są ich rodzice. I oni nie opowiadali. Ale pewnego dnia Martin, poprawiając okulary z taśmą, nagle powiedział: — Mama umarła. Wiosną.
Powiedział to tak zwyczajnie, jakby mówił o pogodzie. Maria nie znalazła słów. Po prostu postawiła przed nimi garnek z zupą i po raz pierwszy zaprosiła ich za skrzynkę — bliżej ciepła. Po roku zostało ich dwóch. Paul zniknął. Leon przyszedł sam, z zastygłą twarzą i siniakiem pod okiem. — Zabrali go — powiedział. — Dokąd? Wzruszył ramionami.