Karmiła głodnych chłopców przy dworcu —

Wtedy Maria po raz pierwszy poszła z nim do opieki społecznej. Siedziała na twardym krześle, skubiąc brzeg chustki, i mówiła: — Nie jestem rodziną, ale przychodzą do mnie. Mogę… jeśli trzeba… pomóc. Nie słuchali jej. Powiedzieli: brak dokumentów, brak podstaw. Wyszła, usiadła na ławce i zapłakała po raz pierwszy od wielu lat. Leon stał obok, niezręcznie, i nagle położył jej rękę na ramieniu. — Proszę nie płakać — powiedział. — I tak zrobiła pani więcej niż ktokolwiek.

Potem zniknęli. Najpierw Martin — przenieśli go gdzieś indziej. Potem Leon przestał przychodzić. Maria jeszcze długo piekła za dużo. Patrzyła na plac. Czekała. Ale życie nie czeka razem z nami. Lata układały się jedno na drugim jak jej bułki w skrzynce. Sąsiedzi umierali, szyldy się zmieniały, pojawiły się supermarkety. Maria się zestarzała. I teraz — marcowa breja, rozsypane bułki i lakierowany but. Podniosła ostatnią bułkę i nagle usłyszała za sobą:

— Wystarczy. Głos był spokojny. Niski. Obcy — a jednocześnie boleśnie znajomy. Victor Dupont odwrócił się poirytowany: — A pan to kto? Mężczyzna w ciemnym płaszczu zrobił krok naprzód. Miał nieco ponad czterdzieści lat. Elegancki garnitur, drogi zegarek. Za jego plecami zatrzymał się reprezentacyjny samochód.