Karmiła głodnych chłopców przy dworcu —

Patrzył na Marię długo i uważnie, jakby porównywał ją ze wspomnieniem. — Schować telefony — powiedział do asystentów. — A pan, panie Dupont… proszę się od niej odsunąć. — To teren miejski! — zaprotestował Dupont. — Już nie — odparł spokojnie mężczyzna. — Grunt został wykupiony przez firmę „Leroux Invest”. Umowa została sfinalizowana dziś rano. Dupont pobladł. — Co?..

— A pierwszą rzeczą, jaka tu powstanie — ciągnął mężczyzna, nie podnosząc głosu — nie będzie parking. Będzie pawilon. Mały. Z pozwoleniem. Na wypieki uliczne. Bezterminowo. Maria patrzyła na niego, mrużąc oczy przez łzy. — Pan… chyba się myli… Zrobił krok bliżej. I nagle się uśmiechnął — tym samym upartym, powściągliwym uśmiechem dwunastoletniego chłopca. — Nie, mamo Marie. Nigdy pani z nikim nie pomyliłem. Jej palce zadrżały.

— Leon?.. Skinął głową. — Obiecałem, że odpracuję. Spróbowała wstać, ale kolano zawiodło. Podtrzymał ją ostrożnie, tak jak ona kiedyś trzymała jego zmarznięte dłonie nad garnkiem zupy.