Karmiła głodnych chłopców przy dworcu —
— Paul żyje — powiedział cicho. — Został adoptowany. Znaleźliśmy go rok temu. Martin jest inżynierem. Okulary od dawna są bez taśmy. Maria zaszlochała i oparła czoło o jego pierś, pachnącą drogą wodą kolońską i czymś jeszcze — dalekim, znajomym, październikowym.
Victor Dupont stał w milczeniu. Telefon w jego dłoni powoli opadł. — Tu będzie szyld — powiedział Leon. — „Bułki od mamy Marie”. I parking też będzie. Dla wszystkich. Za darmo.
Spojrzał na urzędnika: — Ekologia zaczyna się od ludzi. Maria Laurent siedziała na skraju ławki, trzymając go za rękę, jakby bała się, że to znów zniknie. Ale on nie znikał. A marcowa para świeżych wypieków unosiła się ku górze — już nie nad brudną kałużą, lecz ku czystemu wiosennemu niebu.