Mara uśmiechnęła się po raz pierwszy od dawna. Kobieta w białym fartuchu spojrzała na nich oboje w milczeniu, po czym wycofała się do drzwi.
Jego żona, Irina, pojawiła się w drzwiach ze łzami w oczach. Nic nie powiedziała. Nie było potrzeby. Wszystko, co zostało rozbite, zdawało się, po raz pierwszy, skleić na nowo.
Tej nocy Alexandru nie spał w dużym łóżku w sypialni na piętrze. Zasnął na kanapie, z Marą w ramionach, otoczony jej kolorowymi rysunkami i zapachem surowej gliny.
Po raz pierwszy cisza w domu nie była przytłaczająca. Było ciepło. Ożywczo.
A o świcie, gdy blade poranne światło przedostało się przez zasłony, zrozumiał, że prawdziwego bogactwa człowieka nie mierzy się pieniędzmi, ale sercami, które wciąż na niego czekają w domu.