Podszedł powoli, jakby obawiał się, że jakikolwiek ruch może złamać czar.
— Mara… wyszeptał.
Dziewczynka drgnęła, a potem spojrzała na niego. Na chwilę powietrze w pokoju zamarło. Potem jej cichy, drżący głos wypełnił ciszę.
— Stworzyłam ci serce, tato. Więc będziesz je mógł zabrać ze sobą, kiedy znów odejdziesz.
Łzy zapiekły ją w oczach. Usiadł obok niej, bez krawata, bez maski, tylko mężczyzna, który widział swoje błędy zebrane w glinianym sercu.
„Nie wychodzę” — powiedział cicho. „Nigdzie się nie wybieram”.