Następne dni były dziwne. Dom, niegdyś pełen kroków, udawanego śmiechu i „niewinnych” próśb, nagle wydał się zbyt cichy. Ale nie była to zła cisza. To był głęboki, ciężki spokój, jak po burzy, która wyrwała z korzeniami wszystko, co należało wyrwać.
Zaczęłam pić kawę w ogrodzie, na tarasie, gdzie Haralambie czytała gazetę. Czułam, jak morski wiatr we włosach i po raz pierwszy od wielu lat nie martwiłam się rachunkami, długami ani telefonami.
Pewnego ranka moja sąsiadka, pani Nistor, przeszła przez furtkę. „Dawno cię nie widziałam, kochanie. Jak się miewa chłopiec?”