Klara powoli uniosła wzrok. Hałas restauracji jakby przycichł.

— Proszę wezwać ochronę. I policję. — Proszę czekać! — rzucił nerwowo Marek. — To… to da się załatwić! Klara powoli pokręciła głową. — Już to załatwiliście. Dzisiaj. Sami. Wyjęła kartę i podała ją menedżerowi. — Rachunek — na mnie. Obiecałam. Mężczyzna wziął kartę z wyraźnym zakłopotaniem. — Ale… — zaczął Łukasz. — Ty przecież rozumiesz, my tylko… żartowaliśmy. Klara spojrzała na niego po raz ostatni. — Upokorzenie to nie żart. Po chwili dodała ciszej: — Zwłaszcza gdy jest się przekonanym, że druga osoba jest bezbronna. Policja przyjechała szybko. Wyjaśnienia były krótkie, twarze — zagubione. Ci, którzy jeszcze godzinę wcześniej śmiali się najgłośniej, teraz unikali spojrzeń. Gdy wszystko się skończyło, Klara włożyła płaszcz i ruszyła w stronę wyjścia. Goście restauracji ustępowali jej miejsca. Przy drzwiach odezwał się właściciel: — Klaro… przepraszam. I dziękuję. Zatrzymała się. — Nie trzeba dziękować. Proszę tylko pamiętać: cisza nie zawsze oznacza słabość. Na zewnątrz było zimno. Klara zaczerpnęła nocnego powietrza i po raz pierwszy od dawna poczuła nie ból ani wstyd — lecz ulgę. Szła przed siebie powoli, pewnie. Nie jak ofiara. Lecz jak ktoś, kogo już nigdy nie będzie można uznać za bezbronnego.