Klara powoli uniosła wzrok. Hałas restauracji jakby przycichł.

Mężczyzna przejrzał dokumenty. Jego twarz wyraźnie się zmieniła. — Pani… — zawahał się, czytając nazwisko. — Proszę chwilę zaczekać. Podniósł wzrok. — Pani jest… Klarą Mrozińską? Klara skinęła głową. — Właścicielką fundacji „Aurélia”? — jego głos stał się ostrożny. — Tej samej, która finansowała modernizację naszej drugiej sali? Chłopcy pobledli. — C-co?.. — wyszeptał Marek. Właściciel restauracji wyprostował się powoli. — Dziewczyna, którą przed chwilą państwo obrażali, jest jednym z naszych kluczowych inwestorów. Zapadła martwa cisza. — To… jakaś pomyłka — wyjąkał Łukasz. — Przecież ona zawsze… ona… — Zawsze co? — zapytała spokojnie Klara. — Ubierała się skromnie? Nie obnosiła się pieniędzmi? Nie próbowała nikomu nic udowadniać? Spojrzała na nich po kolei. — Moja rodzina naprawdę była biedna. Pracowałam od szesnastego roku życia. Wiem, co to znaczy liczyć drobne i wybierać między jedzeniem a podręcznikami. Zrobiła krótką pauzę. — I nie wstydzę się tego. Sięgnęła po telefon leżący na stole — ten sam, którym ją tu zwabili.

— Nie ukrywałam, kim się stałam. Po prostu nie uważałam za konieczne udowadniać czegokolwiek ludziom, którzy mierzą wartość człowieka metką i ceną. Łukasz otworzył usta, ale nie znalazł słów. Właściciel restauracji odwrócił się do menedżera.