„Mamo, pracowałaś dla mnie całe życie. Nie spałaś, nie miałaś pieniędzy, nie miałaś dobrych ubrań… tylko po to, żebym mógł stać się mężczyzną. Dzisiaj oddajemy Ci cześć.
Potem muzyka znów zabrzmiała. Prosty walc, jeden z tych, które śpiewa się na wszystkich wiejskich weselach. Ale w tamtej chwili wydawał się najpiękniejszą piosenką na świecie.
Tańczyłam powoli, niezgrabnie, ale radośnie. Loredana tańczyła obok nas, a łzy spływały jej po policzkach. I wtedy zobaczyłam coś, czego nigdy nie zapomnę: cała sala wstała. Ludzie płakali, klaskali, niektórzy ukradkiem ocierali oczy.
Ja, kobieta w starej sukni i o pracowitych rękach, byłam w centrum uwagi. Nie dlatego, że czymś się popisywałam, ale dlatego, że w końcu ktoś dostrzegł pracę, poświęcenie i miłość, których nie widać gołym okiem.
Po tańcu podeszła do mnie starsza pani.
„Powinieneś wiedzieć, że masz wspaniałą synową. I wspaniałego syna. Zasługujesz na wszystko, co cię teraz spotyka”.
I po raz pierwszy poczułam, że tak… że tak.