— Mamo! Co znalazłaś?
Maria podniosła głowę. Jej twarz była mokra, oczy szeroko otwarte.
— Wodę, córeczko… wodę.
Dziewczynka znieruchomiała, jakby patrzyła na cud. A potem wybuchnęła śmiechem — czystym, płynącym z serca, takim, jaki mają dzieci, gdy przez moment czują, że świat potrafi być dobry.
Sąsiedzi zaczęli schodzić się jeden po drugim. Najpierw ciekawi. Potem milczący. W końcu zawstydzeni.
Ciotka Ioana podeszła do krawędzi wykopu i przeżegnała się drżącą ręką.
— Czegoś takiego nie widziałam tu od dzieciństwa — wyszeptała.
W kolejnych dniach, z pomocą kilku mężczyzn ze wsi, pogłębiono dół i umocniono go drewnem. Powstała studnia — głęboka, chłodna, niewysychająca nawet w największy upał. Ludzie przychodzili z wiadrami, a Maria nikogo nie odpędzała.
— Bierzcie, ile potrzeba — mówiła spokojnie. — Woda nie jest tylko moja.
Z wodą zmieniła się ziemia.