„Tak, mała, ten pan z psem”.
Potem odwrócił się do mnie.
„Chciałbym wejść na chwilę, jeśli można”.
Skinęłam głową i zaprosiłam go do środka. Usiadł na brzegu kanapy, trzymając psa na kolanach.
„Muszę się pani do czegoś przyznać” – zaczął. „Nie jestem bezdomny”.
Mrugnęłam ze zdziwienia.
– Co masz na myśli?
– Wczoraj… – powiedział cicho, patrząc w podłogę. Wczoraj siedziałem tam celowo. Nie potrzebowałem pieniędzy. Potrzebowałem dowodu, że dobrzy ludzie wciąż istnieją.
Zaniemówiłem. Nie wiedziałem, czy się złościć, czy wzruszać.