W moim mieszkaniu pachniało świeżo mieloną kawą i odrobinę — żywicą. W kącie stała niewielka choinka, którą ubrałam wczoraj w stylu starego kina — skromnie i z gustem.
— Ira — upiłam łyk, delektując się ciszą w mojej kuchni. — A dokąd właściwie jedziecie?
— No nie żartuj, kobieto! — zaśmiała się słuchawka, a ja usłyszałam w oddali dziecięcy pisk i czyjś basowy śmiech. — Na daczę, oczywiście! Do nas! Postanowiliśmy: po co kisić się w mieście? Sałatki wieziemy, Wadik kupił fajerwerki. Ty tam powoli przygotuj banię. Jedziemy z dziećmi, niech dom będzie nagrzany.