— Leno, jesteśmy już przy bramie — szwagierka nie wiedziała, że zamiast gospodyni powita ich alabai. — Lenka, czemu nie odbierasz telefonu? Jesteśmy już na Noworiżskim! Została godzina, nastawiaj czajnik! — głos Iriny, mojej szwagierki, był tak dźwięczny, że musiałam ściszyć głośność, żeby głośnik nie trzeszczał.

W moim mieszkaniu pachniało świeżo mieloną kawą i odrobinę — żywicą. W kącie stała niewielka choinka, którą ubrałam wczoraj w stylu starego kina — skromnie i z gustem.

— Ira — upiłam łyk, delektując się ciszą w mojej kuchni. — A dokąd właściwie jedziecie?

— No nie żartuj, kobieto! — zaśmiała się słuchawka, a ja usłyszałam w oddali dziecięcy pisk i czyjś basowy śmiech. — Na daczę, oczywiście! Do nas! Postanowiliśmy: po co kisić się w mieście? Sałatki wieziemy, Wadik kupił fajerwerki. Ty tam powoli przygotuj banię. Jedziemy z dziećmi, niech dom będzie nagrzany.

„Do nas”.

To krótkie zaimek ranił ucho już trzeci rok — odkąd nie było mojego męża, brata Iriny.

Dacza — solidny, ale wymagający nieustannej troski dom z bali. Odziedziczyłam ją po swoich rodzicach. Nie po mężu. Ale dla Iriny był to „nasz rodzinny azyl”, do którego miała dożywotni abonament.

— Ira — powiedziałam spokojnie, czując, jak napięcie we mnie powoli opada. — Nie ma mnie na daczy.

W słuchawce zapadła cisza. Słychać było tylko szum opon i radio w ich samochodzie.

— Jak to nie ma? — głos szwagierki stracił świąteczną dźwięczność i nabrał stalowych nut, które tak dobrze znałam. — A gdzie ty jesteś? Przecież umawialiśmy się, że Nowy Rok to święto rodzinne.

— Nie umawialiśmy się, Iro. Postawiłaś mnie przed faktem dokonanym. Jestem w domu. W Moskwie.