— Tak… — było słychać, że intensywnie myśli, na bieżąco przestawiając plany. — No dobrze. Źle oczywiście, że dom jest zimny. Ale przecież zawsze trzymasz klucze pod gankiem, w słoiku — wiemy o tym. Wadik rozpali piec, nie jesteśmy dziećmi. Ty się w takim razie zbieraj, łap taksówkę albo elektryczkę. Czekamy na ciebie. Nie wypada siedzieć samej.
— Leno, jesteśmy już przy bramie — szwagierka nie wiedziała, że zamiast gospodyni powita ich alabai. — Lenka, czemu nie odbierasz telefonu? Jesteśmy już na Noworiżskim! Została godzina, nastawiaj czajnik! — głos Iriny, mojej szwagierki, był tak dźwięczny, że musiałam ściszyć głośność, żeby głośnik nie trzeszczał.
Ona nawet nie pytała. Ona rozkazywała.
Tak samo rozporządzała moim czasem zeszłego lata, kiedy przywiozła troje siostrzeńców i zostawiła ich na dwa tygodnie („Len, i tak nie masz co robić na świeżym powietrzu, a u mnie raport się pali”).
Tak samo rozporządzała moimi pieniędzmi, gdy w milczeniu opłacałam rachunki za prąd po ich zimowych najazdach, bo „oj, zapomnieliśmy spisać liczniki, potem się rozliczymy”.
Nigdy się nie rozliczyli.
Linia bez powrotu
— Iro, nie przyjeżdżajcie — powiedziałam, patrząc, jak płatek śniegu topnieje na szybie. — Zawróćcie.
— Co ty, Len? Zwariowałaś? Mamy pełne bagażniki jedzenia! Dzieci już się nastawiły! Wadik jest zmęczony, nie może znowu prowadzić. Nie wygłupiaj się. Koniec, zasięg znika, zaraz będziemy. Klucze są pod gankiem, pamiętam!
Rozłączyła się.