Minęły lata.
Syn rzadko do niego dzwonił. Żona powiedziała mu, że powinien sprzedać dom i przeprowadzić się do miasta. „Co tam robisz sam?” zapytała. Ale nie wiedział, jak żyć wśród betonu.
W srogą zimę, ze śniegiem po kolana, ponownie wyruszył w drogę. Wiał silny wiatr, a niebo było ołowiane. Na leśnej drodze usłyszał warkot silników.
Trzech mężczyzn wyładowywało worki i kanistry z furgonetki. Znów poczuł ten chemiczny zapach. Serce mu waliło.
Kiedy podszedł bliżej i krzyknął, żeby się zatrzymali, jeden z nich go popchnął. Upadł w śnieg, uderzając się w ramię. Telefon wyślizgnął mu się z ręki i wślizgnął pod samochód.
„Staruszku, uciekaj stąd!” – powiedzieli mu.
Ale nie mógł.
Wstał i próbował zapamiętać numer samochodu. Wtedy z lasu dobiegło warczenie.
Jeden. Potem drugi.
Trzy smukłe sylwetki wyłoniły się zza jodeł. Wielkie. Silne.
Lisy.
Nie były już bezbronnymi szczeniakami z dawnych lat. Były dorosłe, z gęstym futrem i bystrym wzrokiem. Najciemniejszy stał nieco z przodu.
Podchodziły powoli.