Mężczyźni zamarli. Jeden próbował narobić hałasu, ale zwierzęta się nie ruszyły. Zaczęły ich krążyć, nie atakując, ale na tyle, by je przestraszyć.
Ogarnęła ich panika.
Wskoczyli do furgonetki i odjechali w pośpiechu, zostawiając torby.
Leśnik pozostał nieruchomy.
Lisy zatrzymały się kilka metrów od niego. Najciemniejszy podszedł bliżej. Długo mu się przyglądała. W jej oczach było coś znajomego.
Nie strach. Nie dzikość.
Rozpoznanie.
Zrobiła krok w jego stronę, po czym odwróciła się i zniknęła w lesie, a za nią pozostała dwójka.
Mężczyzna poczuł, jak oczy mu wilgotnieją.
Nie był sam.
Nigdy nie był naprawdę sam.