— Luda, gdzie jest rosół? — mąż zapomniał o jedzeniu, kiedy znalazłam

W milczeniu strzepnęłam i ubiłam poduszkę. Walera cierpiał na całego. Jeśli u mężczyzny cyferki na urządzeniu przekraczają trzydzieści siedem, świat ma obowiązek zamarznąć, ptaki ucichnąć, a żona — zamienić się w bezszelestny cień z tacą.

— Trzęsie mną — poskarżył się, naciągając wełniane skarpety, które wydziergałam mu w zeszłym listopadzie. — Ludka, a kurczak już gotowy? Potrzebuję czegoś gorącego. Organizm domaga się wsparcia.

— Gotuje się, Waler. Jeszcze dziesięć minut.

Przymknęłam drzwi do pokoju, żeby nie niepokoić „leżakowania” małżonka. W kuchni pachniało gotowaną cebulą i nieskończoną kobiecą wartą.

Ten zapach prześladował mnie przez ostatnie trzydzieści lat: najpierw doglądałam dzieci, potem mamę, a teraz proszę — męża, u którego byle przeciąg zamieniał się w dramat na skalę wszechświata.

Na zegarze była 11:00, sobota. Za oknem szary listopad 2025 roku, mokry śnieg bije w szyby. W taką pogodę człowiek chce zawinąć się w koc z książką, a nie przecedzać drugi rosół, żeby „tłuszcz nie pływał”.

Znalezisko w kieszeni

W przedpokoju na wieszaku wisiała jego kurtka — ogromna, puchata „Alaska”, kupiona miesiąc temu. Rękaw był ubrudzony czymś białym. Kreda? Wapno?

— Choć raz by popatrzył, o co się opiera — mruknęłam odruchowo.