Znacie ten automatyczny gest. Zanim wrzucimy rzecz do prania, sprawdzamy kieszenie. Nie ze śledzenia — w wieku pięćdziesięciu czterech lat szukanie tajemnic to głupota — tylko żeby nie wyprać paszportu, kluczy od garażu albo zapomnianego banknotu.
Wsunęłam rękę do głębokiej bocznej kieszeni. Palce natrafiły na twardą grudkę papieru.
Wyjęłam. Wygładziłam na kolanie.
To był paragon. Długi, zwinięty w rulonik, na porządnym papierze termicznym.