— Luda, gdzie jest rosół? — mąż zapomniał o jedzeniu, kiedy znalazłam

Znacie ten automatyczny gest. Zanim wrzucimy rzecz do prania, sprawdzamy kieszenie. Nie ze śledzenia — w wieku pięćdziesięciu czterech lat szukanie tajemnic to głupota — tylko żeby nie wyprać paszportu, kluczy od garażu albo zapomnianego banknotu.

Wsunęłam rękę do głębokiej bocznej kieszeni. Palce natrafiły na twardą grudkę papieru.

Wyjęłam. Wygładziłam na kolanie.

To był paragon. Długi, zwinięty w rulonik, na porządnym papierze termicznym.

„Sklep «Wodny Mir». Silnik do łodzi Yamaha 9.9…”

Wzrok zsunął się niżej, do kwoty końcowej. Cyfry zatańczyły, układając się w niewiarygodną kombinację.

128 400 rubli.

Mrugnęłam. Może okulary zaparowały od kuchennej pary? Nie. Sto dwadzieścia osiem tysięcy czterysta. Płatność kartą.

I data.

Przysunęłam paragon niemal do samej twarzy.