W ciągu następnych dni Mirela zachowywała się jak zwykle. Podawała mi talerz, prała, pytała, czy coś mnie boli. Ale każdy gest mnie palił, bo widziałam w nim kłamstwo.
Pewnego popołudnia, kiedy Mihai był w pracy, powiedziałam do niej:
„Mirela, chcę porozmawiać”.
Zamarła. Chyba od razu zrozumiała.
Usiedliśmy przy stole. Spojrzałam jej w oczy i powiedziałam spokojnie:
„Byłam w banku”.
Jej twarz natychmiast zbladła.
„Wiem wszystko. Widziałam te zdjęcia”.
Zaczęła drżeć. Próbowała coś powiedzieć, ale nie wydobyła z siebie ani jednego słowa.
„Mamo… ja…”
„Dlaczego, Mirela? Czemu mi nie powiedziałaś? Gdybyś potrzebowała pieniędzy, dałabym ci je. Nie jestem bogata, ale nie jestem też bez serca”.
Z jej oczu zaczęły płynąć wielkie łzy.
„Wybacz mi… Mihai był bezrobotny przez kilka miesięcy. Miałam długi. Chciałam je spłacić, ale potem… bałam się, że się dowiesz…”
Wtedy poczułam coś, czego się nie spodziewałam: litość.
Nie dlatego, że mnie okradł.
Ale dlatego, że żył z tym strachem w duszy, dzień po dniu.
„Mirela, gdybyś ze mną porozmawiała, pomogłabym ci. Ale w ten sposób… podeptałaś moją duszę”.
Płakała, chowając głowę w dłoniach.
„Proszę… nie mów Mihaiowi. Nie chcę, żeby mnie zostawił…”