— Mamo, nie przychodź… wyrzucił nas!

Ana Petrescu westchnęła głęboko. Zdjęła płaszcz, położyła go na oparciu krzesła, które wciąż stało, i spojrzała na dzieci.

Ioana przytuliła się do brata, z policzkami czerwonymi od zimna. Matei często mrugał, zmęczony, szeroko otwierając oczy.

— Teraz będzie spokój — powiedziała spokojnie. To było wszystko.

Maria przełknęła ślinę. Od lat nie słyszała tak pewnego głosu matki. Jakby wszystko, co się wydarzyło, było już przesądzone, a nie tragedią.

— Ale Andriej… jego matka… przyjdzie, narobi skandalu…