— Mamo, nie przychodź… wyrzucił nas!

— Niech przyjdzie. Jego noga tu więcej nie postoi.

Ana poszła do kuchni. Zagotowała wodę, wyjęła ze spiżarni torebkę precli i słoik powideł śliwkowych. Nic świątecznego, nic specjalnego. Ale było ciepło. Była w domu.

Dzieci usiadły przy stole. Maria stała w drzwiach, niepewna.

— Mamo… to ich mieszkanie…

Ana nagle się odwróciła.

— Nie. To twoje. Kupiłam je. Na twoje nazwisko. Andriej nie wpłacił ani lej. A jego matka doskonale o tym wiedziała.