…Marek patrzył na Annę tak, jakby widział ją po raz pierwszy

…Marek patrzył na Annę tak, jakby widział ją po raz pierwszy. — Chcesz, żebyśmy płacili tobie? — zapytał cicho. Anna nie odpowiedziała od razu. Powoli odłożyła serwetkę obok talerza, wyprostowała plecy i dopiero wtedy spojrzała mu w oczy. — Chcę, żeby w tym domu były zasady — powiedziała spokojnie, choć w jej głosie było słychać napięcie. — I żeby te zasady były szanowane. Maria gwałtownie odsunęła krzesło. — A więc tak teraz mówisz — jej głos zadrżał, ale nie z bezsilności, lecz z urazy, dobrze znanej i wielokrotnie ćwiczonej. — Całe życie żyłam dla syna, a teraz mam płacić za kąt w mieszkaniu jego żony? — Nie za kąt — Anna spojrzała jej prosto w oczy. — Za mieszkanie. Jak dorosły człowiek. Łukasz skrzywił się i w końcu się odezwał: — Szczerze? To już przesada. Rodzina tak nie postępuje. — Rodzina nie wypycha człowieka z jego własnego domu — odpowiedziała Anna, a w jej głosie pojawiła się twardość, od której Marek aż drgnął. Zapadła ciężka cisza. Słychać było tylko kapanie wody z kranu w kuchni — tego samego, który Anna prosiła Marka naprawić już tydzień temu. — Mamo — odezwał się w końcu Marek. — Bez scen. Anna po prostu… się martwi. — Ja się nie martwię — przerwała mu Anna. — Ja bronię tego, co jest moje. Maria zacisnęła usta, powoli wstała i zabrała ze stołu talerz. — Wszystko zrozumiałam — powiedziała chłodno. — Nie jestem tu mile widziana. — To nieprawda — Marek wstał za nią. — Mamo, nie przekręcaj. — Nic nie przekręcam — rzuciła w stronę Anny. — Po prostu teraz wiem, ile warta jest ta wasza „rodzina”. Wyszła z kuchni, głośno trzaskając drzwiami pokoju. Łukasz poszedł za nią, nie mówiąc ani słowa. Anna została na miejscu.