…Marek patrzył na Annę tak, jakby widział ją po raz pierwszy

Patrzyła na puste krzesło Marii i czuła, jak w środku narasta znajome, gorzkie uczucie — mieszanina winy i złości. Tym razem jednak nie pozwoliła mu przejąć kontroli. — Mógłbyś mnie wesprzeć — powiedziała cicho do Marka. Stał pośrodku kuchni, zagubiony, jak dziecko zmuszone do wyboru między dwoma światami. — Jestem między młotem a kowadłem — westchnął. — Przecież widzisz. — Widzę — odpowiedziała Anna. — I właśnie dlatego tak bardzo mnie to boli. Tej nocy Anna prawie nie spała. Leżała wpatrzona w ciemność i słuchała przytłumionych głosów z dawnego pokoju gościnnego. Maria mówiła coś szybko, emocjonalnie, czasem przechodząc w płacz. Łukasz mruczał coś w odpowiedzi. I w całej tej rozmowie nie padło ani jedno słowo o tymczasowości. Rano Anna wstała wcześniej niż wszyscy. Zrobiła sobie kawę, usiadła przy stole i otworzyła laptopa. Dokumenty dotyczące mieszkania trzymała w osobnej teczce — zawsze ceniła porządek. Czytała je uważnie, linijka po linijce, jakby po raz pierwszy. Z każdym kolejnym zdaniem w jej wnętrzu rosła pewność. Gdy Marek wszedł do kuchni, Anna była już gotowa. — Zapisałam się na konsultację do prawnika — powiedziała bez wstępu. — Dzisiaj po pracy. — Po co? — zapytał zdezorientowany. — Bo chcę znać swoje prawa. I granice. Marek usiadł naprzeciwko niej, w milczeniu. — Anno… nie myślisz o czymś radykalnym? Spojrzała na niego długo i uważnie.