…Marek patrzył na Annę tak, jakby widział ją po raz pierwszy

— Mamo… — zaczął. — Jestem ci wdzięczny za wszystko. Ale Anna ma rację. To jej mieszkanie. Maria znieruchomiała. — Wybierasz ją? — wyszeptała. — Wybieram sprawiedliwość — powiedział cicho. — I swoją żonę. Anna poczuła, jak coś w jej piersi drgnęło. To nie była radość ani triumf. To była ulga. — Macie miesiąc — powiedziała spokojnie. — Pomogę znaleźć mieszkanie. Finansowo, organizacyjnie. Ale nie będziecie tu mieszkać na stałe. Maria patrzyła na syna długo, potem powoli wstała. — Tego nie zapomnę — powiedziała cicho. — A ja nie zapomnę, jak trudno było obronić własny dom — odpowiedziała Anna. Po miesiącu mieszkanie znów ucichło. Gabinet wrócił do Anny. Jej książki znów stanęły na półkach. Fotel przy oknie znów czekał na nią wieczorami. Marek milczał częściej niż kiedyś, ale w tym milczeniu nie było już strachu. Było zrozumienie. Pewnego wieczoru siedzieli w kuchni z kubkami herbaty. — Poradziliśmy sobie — powiedział Marek. Anna skinęła głową. — Tak. Bo tym razem nie cofnęłam się. I po raz pierwszy od dawna poczuła, że to znów jest jej dom. I jej życie.