W środku był kurz, ale porządek. Pudełka z etykietami, półki, mały sejf w ścianie. Poczułam ścisk w żołądku. Klucz pasował i tutaj.
W sejfie znajdowały się dokumenty. Dużo dokumentów.
Umowy, wyciągi bankowe, dodatkowy testament.
Czytałam je z zapartym tchem. Firma, o której mówili chłopcy, nie była już na nazwisko mojego męża od prawie trzech lat. Przeniesiona do prywatnego funduszu, na moje nazwisko, z jasnymi klauzulami: w przypadku śmierci – pełna i natychmiastowa kontrola dla mnie.
Niżej kolejny dokument. Długi medyczne. Przeniesione prawnie na firmę, nie na żonę. Wszystko było tu: opieczętowane, podpisane, zarejestrowane.
Usiadłam na krześle i zaczęłam płakać. Nie ze smutku. Z ulgi.
Mój mąż wiedział. Wiedział, co zrobią jego dzieci. I mnie chronił.
Następnego ranka zadzwoniłam do prawnika. Tym razem uśmiechałam się.