— Jutro? — zrobiła krok w jej stronę, z czerwoną twarzą i błyszczącymi oczami —. Zrobiłeś ze mnie idiotę przed moją mamą! Płakała! Mówi, że ją uraziłeś!
— Nie rozmawiałam z nią dzisiaj — zdjęła buty i ostrożnie je założyła. Bolały ją podeszwy po tylu godzinach.
— Nie kłam! Odrzuciłaś jego telefon! Mama chciała wszystko naprawić, a ty…
— Călin, proszę przestań. Jesteśmy zmęczeni i zdenerwowani. Jutro…
— Nie! — uderzyła pięścią w oparcie sofy —. Rozmawiamy! Weźmiesz pożyczkę i kupisz samochód! Czy to jasne?
Maria poczuła, jak powietrze w pokoju zaciska się jak pętla. Już się nie bała. Była po prostu… pusta. Jakby ktoś wysysał z niej ostatnie resztki ciepła.
Spojrzała na niego. Na mężczyznę, który w ogóle nie przypominał mężczyzny, którego poślubiła. Na obcego, z którym dzieliła dom, dwójkę dzieci i życie, które już do niej nie należało.
Żółte światła telewizora odbijały się w parkiecie. Na zewnątrz deszcz się nasilił, uderzając w okno niczym pukanie do drzwi. A w jej piersi, po raz pierwszy, nie było już strachu. To było coś w rodzaju niemej determinacji, jak kamień.
—Nie będę brał w tym udziału — powiedział spokojnie.