Călin stał nieruchomo przez kilka sekund, jak zwierzę spłoszone hałasem.
—Co powiedziałeś?
—Nie będę brał w tym udziału. Ani twojej matce. Ani twojej siostrze. Ani tobie.
Mięsień drgnął mu na policzku. Zrobił krok w jej stronę, ale Maria uniosła rękę i instynktownie się zatrzymał. W jej geście nie było strachu, tylko ostra cisza.
—Mario, uważaj. Nie prowokuj mnie.
—Za późno — odpowiedział powoli. — Prowokowałaś mnie od lat. Po prostu dopiero teraz to sobie uświadomiłem.
W głębokiej ciszy, która zapadła, Maria usłyszała swój oddech. Żal? Nie. Wstyd? Nawet nie aż tak bardzo. Tylko okrutne zmęczenie i pytanie, które dźwięczało jej w głowie przez cały wieczór: do kiedy?
Jej wzrok padł na korytarz. Na mokre buty. Na kurtce, której nawet nie zdążyła powiesić na wieszaku. Na roletach w salonie. Wszystko zdawało się zamarć w życiu, które należało do niej tylko z nazwy.
—Idę porozmawiać z dziećmi — powiedziała nagle.
—Z dziećmi? O tej porze? Po co je tu przyprowadzasz?
—Bo je obserwuje. Bo dawno temu na to zasługiwały.