Анna i Marek Schmidt byli wzorową parą. Ich dom w Bawarii, tonący w różach, coroczne wyjazdy na Majorkę i wspólne brunch’e w niedzielę – wszystko wydawało się idealnym frontem szczęśliwego, dojrzałego życia. Buddy, ich złoty retriever, był duszą tego domu. Był oddany Markowi jak cień i zawsze towarzyszył mu na rybach, które Marek nazywał swoim „jedynym sposobem na ucieczkę od stresu”.
W tę sobotę Marek przygotowywał się szczególnie starannie.
— Emmo, kochanie, wrócę późno. Na jeziorze Chiemsee jest teraz świetny branie, — powiedział, wkładając wędki do bagażnika ich SUV-a. — Buddy, chodź tutaj! Jedziemy!
Ale zdarzyło się to, co nigdy nie zdarzyło się przez siedem lat życia psa. Buddy, który zwykle skakał do auta przy pierwszym dźwięku kluczy, stał przy tylnych drzwiach, z opuszczonymi uszami. Jego ogon był opuszczony, a w oczach czytało się prawdziwy strach. Zaskomlał, zrobił krok w tył i zwinął się pod tylnym siedzeniem.
— Co z tobą, głupi piesie! — Marek nerwowo pociągnął Buddy’ego za obrożę, próbując wciągnąć go do środka. Pies zarechotał — cicho, ale groźnie. Było to tak nienaturalne, że Marek się cofnął.