Mężczyzna, który mnie wychował, nie był moim prawdziwym ojcem

I uderzyła mnie prosta myśl: dziś przyszła moja kolej, żeby go bronić.

Zacząłem mówić spokojnie, powoli, wyjaśniając, jak warsztat działał przez dziesięciolecia, jak nikomu nie przeszkadzał, jak motocykliści, „którzy zrujnowali okolicę”, naprawiali za darmo samochody sąsiadów, gdy zima ich zaskakiwała, jak zabierali dzieciaki z sąsiedztwa na świąteczne imprezy na swoich motocyklach, bo tacy właśnie byli – twardzi z zewnątrz, ale mili w środku.

Opowiedziałem, jak Mihai zatrudniał młodych ludzi bez wykształcenia, ludzi bez nadziei, mężczyzn, którzy wyszli z trudnej sytuacji i szukali drugiej szansy. Jak w jego warsztacie nie używano wulgaryzmów, nie palono i nie podnoszono głosu. „Naprawiamy tu silniki, nie dusze” – mawiał. Chociaż, nie zdając sobie z tego sprawy, właśnie to robił.

Przedstawiciel burmistrza próbował mi przerwać, ale sędzia na chwilę uniosła rękę, dając jej znak, żeby zamilkła. Potem spojrzała na mnie uważnie, jakby chciała zrozumieć, dlaczego wkładam tyle duszy w ten nędzny warsztat.

Więc powiedziałem prawdę.