Następnego dnia nie poszedłem do biura. Ani kolejnego. Odwoziłem dzieci do szkoły, pytałem, co chcą robić w weekend, i po raz pierwszy od lat poczułem spokój.
Zrozumiałem wtedy, że moje prawdziwe bogactwo nie było na kontach ani w budynkach, które wznosiłem, lecz w ludziach, których kocham.
Dziś mój dom nie jest już grobowcem. Jest pełen śmiechu, przypalonych ciastek, rysunków na lodówce i życia.
A ja… nie jestem już „Rekinem z Mokotowa”.
Jestem po prostu Michał — ojciec, który w końcu wrócił do domu.