W oczach Mariany widziałam załamanie. Jakby wszystkie jej plany rozsypały się na jej oczach. Otworzyła usta, ale nie wydała ani jednego dźwięku.
Mama krzyknęła: „Zaraz tam będę!”.
Odsunęłam się na bok, a Mariana stała nieruchomo przy drzwiach, niezdolna zareagować.
Kiedy weszli policjanci, wszystko wydarzyło się jak na powtórce.
Jeden z nich mówił uprzejmie, ale stanowczo. Inny poprosił o okazanie samochodu. Wszyscy odeszli, a ja zostałam w domu z matką, drżąc.
Po niecałych dziesięciu minutach ponownie wszedł funkcjonariusz.
„Pani Sorina… ktoś majstrował przy układzie hamulcowym. Intencja jest jasna”.
Rozpłakałam się, ale nie ze strachu. Z ulgi.
Marianę wyprowadzono przed nas. Jej twarz była blada, ale nawet wtedy nie przeprosiła. Po prostu patrzyła na mnie z ślepą nienawiścią, jakby to była moja wina, że nie umarłam.
Kiedy wszyscy wyszli z domu, matka mnie przytuliła.