Czwartego dnia Dumitru nie wytrzymał.
O wpół do trzeciej wyszedł z mieszkania i usiadł na ławce naprzeciwko żółtego domu. Trzymał telefon w ręku, ale nie wiedział, do kogo zadzwonić. Do policji? Do opieki społecznej? A może do kogoś z miasta, do kogoś, kto „wie”?
Kiedy zegar na placu wybił trzy razy, krzyk rozległ się ponownie. Krótszy. Słaby. Jakby nie miał już sił.
Dumitru gwałtownie wstał i przeszedł przez ulicę. Tym razem otworzył drzwi.
W środku pachniało wilgocią, zepsutym jedzeniem i strachem. Dziewczynka była tam, przyciśnięta do ściany, z rękami splecionymi wzdłuż ciała.