Milczenie w Głębi Lasu
Zgłoszenie wpłynęło do komendy tak, jak setki innych przed nim: było lakoniczne, niejasne i łatwe do zignorowania.
— „Pewien turysta twierdzi, że w północnej strefie lasu stanowego dzieje się coś dziwnego. Mówi o zwierzęciu... przypomina psa, ale to właściwie sam szkielet. Twierdzi, że pies się nie rusza i nie wydaje żadnego dźwięku”.
Oficer Daniel Bennett, weteran z piętnastoletnim stażem, westchnął ciężko. Las stanowy był ogromny, a jego północna część słynęła z gęstych zarośli i braku zasięgu. „Chudy pies” zazwyczaj oznaczał zagubionego pupila, który od dwóch dni błąkał się po lesie. Ale to ostatnie zdanie — o braku dźwięku — sprawiło, że Daniel poczuł ukłucie niepokoju. Zwierzęta w tarapatach zawsze wyją, skomlą lub szczekają. Cisza w naturze zazwyczaj oznacza śmierć albo coś znacznie gorszego.
— „Chodźmy to sprawdzić, Harris” — rzucił do swojego partnera.
Wędrówka trwała ponad godzinę. Trzy mile w głąb dziczy, z dala od wyznaczonych szlaków. Powietrze stawało się ciężkie, przesiąknięte zapachem wilgotnej ziemi i butwiejących liści. GPS stracił sygnał, a las wokół nich wydawał się zacieśniać.
W końcu dotarli na polanę, w której centrum rosła potężna, powykręcana sosna. I wtedy go zobaczyli.