Milczenie w Głębi Lasu
Pies nie wyglądał jak żywe stworzenie. Był tak przerażająco chudy, że jego skóra wydawała się pergaminem naciągniętym na ostre krawędzie kości. Każde żebro, każdy kręg kręgosłupa był widoczny z odległości kilkunastu metrów. Zwierzę było przykute grubym, zardzewiałym łańcuchem do pnia drzewa. Ziemia wokół sosny była doszczętnie wykopana — pies przez tygodnie drapał podłoże w desperackiej próbie znalezienia czegokolwiek do jedzenia: korzeni, owadów, starej kory.
— „Mój Boże…” — wyszeptał Harris, odwracając wzrok.
Daniel podszedł bliżej. Wyciągnął butelkę z wodą, spodziewając się agresji, warknięcia, a przynajmniej lękliwego spojrzenia. Ale pies nie zareagował. Leżał z głową opartą o brudną ziemię, a jego oczy były półprzymknięte, matowe i pozbawione blasku.
Daniel uklęknął przed zwierzęciem. I wtedy to zobaczył.
Wokół pyska psa, ciasno i brutalnie, owinięty był drut kolczasty. Ktoś celowo związał mu szczęki tak mocno, że drut wpił się głęboko w tkankę, tworząc ropiejące rany. Pies nie szczekał, bo fizycznie nie mógł otworzyć pyska. Nie mógł pić, nie mógł jeść, nie mógł nawet skomleć z bólu. Był skazany na powolną, cichą agonię w samym sercu lasu,