„To była moja wina. Powiedziałam mu, który stolik jest na nie tym stoliku”.
Andriej był w kropce. Wiedział, że go okłamuje. Wiedział też, że często to robiła.
Później, z tyłu, przy zlewie, zapytał ją cicho:
— Dlaczego to zrobiłaś?
Ana westchnęła i po raz pierwszy jej maska pękła.
— Bo prawda nie ma tu znaczenia. Ważne, żeby go nie zdenerwować.
Wieczorem, po wyjściu ostatnich klientów, Ana usiadła wyczerpana na krześle. Radu wyszedł, trzaskając drzwiami. W tej ciężkiej ciszy mruknęła, nie wiedząc, do kogo mówi:
— Wiesz, co boli najbardziej? To, że już nie czujemy się częścią tego miejsca.
Trzy słowa. „Już nie należymy”.
Andriej poczuł ucisk w piersi. Jego restauracja. Jego ludzie. I nikt już nie czuł się jak u siebie.
Następnego ranka wszedł przez frontowe drzwi. Prosty garnitur, bez przepychu. Pracownicy zamarli. Radu zbladł.
— Dzień dobry, jestem Andrei Călinescu — powiedział spokojnie. Właściciel.
Zapadła głucha cisza.
— Pracowałem tu. Widziałem wszystko. A od dziś wszystko się zmienia.