Trzy dni później Irina pojawiła się w domu z drogą torebką i mocnymi perfumami. Marian czekał na nią na środku salonu, z zapalonym światłem i wzrokiem utkwionym w jej oczach.
– Jak… widzisz?! – zapytała, tracąc kolor na policzkach.
– Nigdy nie byłem ślepy, Irina. Ale ty… byłaś, w głębi serca.
Próbował płakać, udawać, ale Marian już podniósł teczkę z odbitkami z nagrań. Wszystko tam było, czarno na białym.
– Wyjeżdżasz dziś wieczorem. Bez pieniędzy, bez pretensji. Ale wiedz jedno: ja cię nie karzę. Karci cię życie.