Raluca skinęła głową, zawstydzona.
— Nie ja, panie Adrianie, ale dzieci. Ja po prostu… ich słuchałem.
Jej słowa uderzyły go jak echo prawdy. Jak bardzo dzieci chciały być wysłuchane, a on był zbyt zajęty, żeby to zauważyć.
Tego wieczoru, po raz pierwszy, zjedli razem kolację przy dużym stole w jadalni. Nie przy wykwintnych daniach i drogich winach, ale przy prostym gulaszu i słodkich pączkach. Dzieci rozmawiały, śmiały się, a Adrian słuchał ze szczerym uśmiechem na twarzy.
Później, po tym, jak położył je spać, poszedł do ogrodu i spojrzał w oświetlone okna. Dom nie wydawał się już pusty. Poczuł, że wreszcie znów ma dom.
Od tego dnia Adrian zaczął wracać do domu wcześniej. Zrezygnował z kilku kontraktów, zatrudnił administratora do opieki nad firmą i zaczął zabierać dzieci do parku, do kina, do dziadków. Zrozumiał, że to czas, a nie pieniądze, jest największym skarbem.
Raluca nadal mieszkała z nimi, ale nie tylko jako pracownica. Stała się częścią rodziny. A cichymi wieczorami, gdy w domu znów słychać było śmiech dzieci, Adrian powtarzał sobie ze łzami w oczach:
„Bogaci to nie ci, którzy mają miliony, ale ci, którzy mają do kogo wracać do domu”.