W ciągu tygodnia ich plany ślubne zaczęły się sypać. Nie dlatego, że posiadłość była niedostępna – bo Sloane nie chciała zaakceptować żadnej alternatywy, która nie spełniała jej fantazji. Zwolniła jednego konsultanta ślubnego, potem kolejnego. Kłóciła się z matką Brenta o budżety. Żądała, aby jej druhny zobowiązały się do kilku weekendów. Wszystko musiało być idealne, a perfekcja wymagała kontroli.
Potem spróbowała ze mną jeszcze jednej rzeczy: wysłała maila z fałszywie słodkim tytułem – „Kompromis” – i zaproponowała: „Będziemy w małym gronie, tylko w gronie rodzinnym”. Jakby jej ostatnie wykroczenie nie pokazało już, co zmienia się w „małe”, kiedy nie słyszy odmowy.
Odpowiedziałem jednym zdaniem: „Posiadłość nie nadaje się na organizację ślubów”.
Wtedy jej ton się zmienił. Wysłała wiadomość głosową, w której słychać było czystą wściekłość: „Mam nadzieję, że ten głupi dom zgnije z tobą w środku”.
Nie przesłałem tego dalej. Nie opublikowałem. Po prostu to zapisałem.
Bo prawda była taka, że nie chciałem zemsty. Chciałem ochrony.