„Przyprowadziłeś obcych do domu naszych dziadków, mimo że odmówiłem” – odpowiedziałem. „Sam się skompromitowałeś”.
Mara próbowała załagodzić sytuację. „Może moglibyśmy omówić umowę najmu…”
„Nie będzie żadnego porozumienia” – wtrąciłem, wciąż spokojny. „Odpowiedź brzmi: nie”.
Sloane przewróciła oczami. „Zachowujesz się, jakby ślub w tym miejscu był przestępstwem”.
„Wtargnięcie tutaj to przestępstwo” – powiedziałem i w końcu zobaczyłem, jak jej postawa lekko się zmienia. Ludzie tacy jak Sloane uwielbiają dramaty, dopóki nie staną się one oficjalną dokumentacją.
Odwróciłam się od niej i zadzwoniłam do zarządcy nieruchomości,Greg, który mieszkał dziesięć minut stąd. „Greg, na osiedlu są osoby nieupoważnione” – powiedziałem. „Potrzebuję cię tu natychmiast. I dzwonię do szeryfa”.
Twarz Sloane’a stężała. „Nie wezwiesz szeryfa do swojej siostry”.
„Wzywam szeryfa do włamywaczy” – odpowiedziałem, patrząc jej w oczy. „Wybrałaś sobie bycie włamywaczem”.
Uśmiech Mary zbladł. „Zaczekaj… szeryfie? Powiedziano nam, że to zostało zatwierdzone”.
„Nie było” – powiedziałem. „I powinieneś wyjść, zanim to stanie się raportem”.
Sloane podeszła bliżej, zniżając głos, jakby robiła mi przysługę. „Nie chcesz być powodem rozpadu mojego ślubu”.
Wpatrywałem się w nią. „Nie chcesz być powodem zniszczenia szklarni babci”.