Jej oczy błysnęły. „To tylko rośliny”.
To zdanie uderzyło jak policzek. Nie dlatego, że dotyczyło roślin – bo dowodziło, że nie postrzegała majątku jako spuścizny. Postrzegała go jako rekwizyt.
Wskazałem na podjazd. „Wyjście.”
Sloane się nie poruszyła. Zamiast tego podniosła telefon i powiedziała wystarczająco głośno, by personel mógł ją usłyszeć: „Idźcie dalej po placu budowy. Działamy zgodnie z harmonogramem”.
Mara wyglądała na uwięzioną, ale słabym gestem dała znać swoim asystentom, żeby kontynuowali. Zrobili kilka kroków.
Mimo wszystko zadzwoniłem.
Biuro szeryfa odebrało, a ja zachowałem spokój. „Jestem właścicielem posiadłości Hartwell przy County Road 8. Mam wielu nieautoryzowanych gości, którzy nie chcą wyjść”.
Oczy Sloane’a rozszerzyły się. „Mówisz poważnie?”