„Tak” – odpowiedziałem, wciąż rozmawiając przez telefon.
W ciągu piętnastu minut dwa radiowozy podjechały podjazdem, chrzęszcząc żwirem pod kołami. Greg przyjechał w tym samym momencie, zdyszany i wściekły – bo on też kochał moich dziadków i pomagał mi chronić to miejsce jeszcze przed pogrzebem.
Zastępca wyszedł i zapytał: „Kto jest właścicielem nieruchomości?”
Podniosłem rękę. „Ja”.
Sloane wkroczyła, śmiejąc się niezręcznie. „Panie oficerze, to nieporozumienie. Jestem siostrą – to własność rodziny”.
Zastępca się nie uśmiechnął. „Proszę pani, czy ma pani pozwolenie, żeby tu być?”
Sloane zawahała się. „No cóż… to znaczy…”