W środku było tylko kilka linijek:
„Wiemy, że na nic nie zasługujemy. Wiemy, że pomogliście nam bardziej, niż my kiedykolwiek pomogliśmy wam. Nie prosimy o wybaczenie, bo nie wiemy, czy kiedykolwiek moglibyście nam wybaczyć. Chcemy tylko, żebyście wiedzieli, że nam przykro. Naprawdę. I że jeśli kiedykolwiek nas będziecie potrzebować – do czegokolwiek – przyjedziemy. Chociaż wiem, że nigdy do nas nie zadzwonicie”.
Usiadłam na skraju kanapy. Po raz pierwszy od dawna ktoś mówił do mnie bez wymagań, bez oczekiwań. Tylko z żalem.
Wzięłam głęboki oddech. Może nie miałam rodziców. Może nigdy ich nie miałam. Ale miałam coś ważniejszego: dziadków. Prości ludzie ze wsi, którzy wychowali mnie z tego, co mieli, i nauczyli mnie nie pochylać głowy.
W weekend wsiadłem do samochodu i pojechałem do ich domu. Do mojego domu z dzieciństwa. Gdzie wszystko się zaczęło i gdzie, jakimś cudem, wciąż tam była, gdzie miała się osiedlić.
Kiedy wszedłem na podwórko, ciocia Teresa spojrzała na mnie swoimi niebieskimi oczami, zmęczona, ale wciąż żywa.