— Wróciłeś, mój chłopcze… — powiedziała cicho.
— Wróciłam, Mamo Klaczu.
Uścisnęliśmy się mocno, a cisza podwórka mówiła wszystko. Po chwili usiadłem z nią przy stole, popijając gorącą herbatę, tak jak wtedy, gdy byłem mały.
— Postąpiłeś słusznie, mój drogi — powiedziała. Ludzie popełniają błędy. Ale poszedłeś dalej. To znaczy być dorosłym.
Spuściłem głowę.
— Czy byłem zbyt surowy?
— Nie. Byłeś sprawiedliwy. Czasem sprawiedliwość boli. Ale to jedyna rzecz, która leczy.
Spojrzałem w niebo. Chmury przesuwały się powoli, a przez nie przebijał się promień światła. Po raz pierwszy poczułem spokój.
Nie dlatego, że wybaczyłem. Ale dlatego, że nauczyłem się iść naprzód bez nienawiści. Z godnością. Tak jak nauczyli mnie ludzie, którzy mnie wychowali.
I w taki czy inny sposób to najszczęśliwsze, co mogło mnie spotkać.