Răzvan był na początku dumny. A przynajmniej tak mu się wydawało.
Ale w miarę jak hotel prosperował, a ja miałem coraz więcej ważnych klientów, stawał się coraz bardziej ponury.
Coraz bardziej zirytowany.
Coraz bardziej zimny.
Na początku zrzucałem winę na stres.
Ale cegły zaczęły mi się piętrzyć w piersi.
Komentarze w stylu:
„Jesteś zbyt zajęty hotelem i zapominasz o domu”.
„Kobieta nie powinna pracować w takim tempie”.
„Stałaś się inna. Zbyt niezależna”.
I oczywiście jego matka, która nigdy nie przegapiła okazji, by dolać oliwy do ognia:
„Mówiłam ci, że nie możesz być żoną i szefową. Jedno z was będzie cierpieć. I zazwyczaj cierpi rodzina”.
Przełknęłam to wszystko.