— Usiądź, Mihai. Muszę ci powiedzieć dwie rzeczy. To wszystko.
Usiadł.
— Po pierwsze: nie jesteś już moim mężem od dnia, w którym skłamałeś, a nie od dnia, w którym odszedłeś.
Chciał wstać, ale gestem kazałam mu usiąść.
— Po drugie: nie przyszłam zepsuć ci wakacji. Przyszłam, żeby odebrać sobie wolność.
Wyjęłam przygotowane już dokumenty rozwodowe z akt i kopię rachunków bezprawnie zdjętych z naszej wspólnej karty, a także dowód niewierności. Spojrzał na nie i poczuł, że nie ma bardziej eleganckiego wyjścia.
— Podpisz tutaj. Nie teraz, bo cię nie poganiam. Ale do czasu, aż wrócisz do domu. I nie martw się, nie chcę alimentów, nie chcę pieniędzy, nie chcę domu. Chcę spokoju. I chcę, żebyś wiedział, że wygrałem.
Milczał, ze spuszczonym wzrokiem.
Zebrałam akta, wstałam i powiedziałam ostatnią rzecz, która miała znaczenie:
— Nigdy nie zapominaj, kto cię naprawdę kochał. I módl się, żebyś kiedyś spotkał kogoś choć w połowie tak dobrego jak ja.
Wyszłam. Nie trzaskając drzwiami. Nie oglądając się za siebie.