Mój mąż właśnie wyjechał w „podróż służbową”, gdy moja sześcioletnia córka wyszeptała:
—Mamo… musimy lecieć. Już.
Nie był to ten rodzaj dramatycznego szeptu, jaki wydają dzieci podczas zabawy. Wydobywał się z głębi duszy bardziej dojrzałej niż jego sześć lat: ostrej, natarczywej, przerażonej.
Byłam w kuchni, płucząc naczynia po śniadaniu. W domu wciąż pachniało kawą i cytrynowym płynem do czyszczenia, którego używałam, gdy chciałam mieć pewność, że wszystko mam pod kontrolą. Mój mąż, Derek, pocałował mnie w czoło trzydzieści minut wcześniej przy drzwiach, ciągnąc za sobą walizkę i mówiąc, że wróci w niedzielę wieczorem.
Wydawał się niemal radosny.